5 dni temu

Wpis

Wiem, że wywołam gównoburzę, ale mam nadzieję na przynajmniej kilka sensownych komentarzy, które mi coś wyjaśnią. W pracy w lunchroomie toczyła się dyskusja na temat szczepień, słuchając jednej z koleżanek zażarcie broniącej antyszczepieniowców wdałem się z nią w polemikę. Zapytałem: - No ale czemu nie zaszczepić dziecka, jak to ma je ochronić? - To moje ciało i krew i ja decyduję. - Czyli jak twoja matka by ci kazała je zaszczepić, to byś to zrobiła - w końcu ty jesteś jej ciało i krew i ma prawo za ciebie decydować. - Nie no, to bez sensu, ja jestem dorosła. - Hmm, czyli tylko za niepełnolatka matka może decydować, czyli bronisz tej matki, co prostytuowała swoją 13-letnią córkę. Bo miała prawo za nią decydować. - Nie, to co innego, to było przestępstwo. - Czyli jak zrobią ustawę o obowiązku szczepień, w której nieszczepienie będzie przestępstwem i będzie np. grzywna, to zaszczepisz? - Nie, to by było bezsensowne prawo. - Niby czemu? - Bo niepoparte badaniami. - Chwila. O szkodliwości szczepień była jedna (dosłownie jedna) praca naukowa, która cały ruch antyszczpieniowców zapoczątkowała, która została obalona, a jej twórca trafił przed sąd, bo mu udowodnili, że manipulował danymi liczbowymi, żeby poprzeć swoją teorię, wywalili go z pracy i pozbawili tytułu po tym, jak sąd go skazał, ba, sam przyznał się do oszustwa. Z drugiej strony jest wiele prac naukowych, które potwierdzają skuteczność szczepionek. I ta jedna praca przeważa? - Ty się nie znasz. A co jak faktycznie będą powikłania? Zaryzykowałbyś? - Przecież ryzykuję, weź sobie dowolny lek i przeczytaj ulotkę. Praktycznie zawsze jest jakaś minimalna szansa, że będą niepożądane efekty. Tak człowiek jest zbudowany, że niektórzy czegoś mogą nie tolerować. - Odczep się, nie jesteś matką, to nie zrozumiesz. Tu skapitulowałem, bo argument był tak pojechany, że stwierdziłem, że zaraz mnie oskarży o seksizm, szowinizm i nazizm... I tylko jedno mnie dziwi. Jak można tak wybiórczo patrzeć na sprawy? Dopasowując sobie, że jakaś zasada w danym momencie działa a w innym już nie tylko dlatego, że to pasuje lub nie do mojej teorii.

4 dni temu

Wpis

Nigdy nie wierzyłem w przeznaczenie. Do teraz. Rok temu leciałem do brata do Londynu, a obok mnie siedziała piękna i młoda dziewczyna. Widziałem, że jest zestresowana, a przed startem miała wręcz łzy w oczach. Próbowałem ją uspokoić, zagadać. I tak przegadaliśmy cały lot. Ponad 2 godziny rozmowy. Na początku o niczym, a potem bardzo poważnie. Opowiedziałem jej, że po 5 latach związku dowiedziałem się, że laska mnie zdradzała i że od roku jestem sam. Ona właśnie zakończyła toksyczny związek, gdzie facet znęcał się nad nią i wyjeżdża do pracy. Od czasów mojej eks z nikim tak poważnie nie gadałem. Żegnając się z nią rzuciłem: może do zobaczenia wkrótce. Pamiętam, że uśmiechnęła się, ale stwierdziła, że nie sądzi. No szczerze mówiąc, też nie sądziłem. W Londynie byłem 2 tygodnie. Parę dni przed powrotem spotkałem ją w barze z koleżanką i postanowiłem podejść. Poznała mnie od razu. Napiliśmy się piwa, pogadaliśmy. Zabrakło mi jaj, aby poprosić ją o numer telefonu. Wróciłem do Polski i długo jej nie widziałem, a czasami zdarzało mi się o niej myśleć. Sam nie wiem czemu. Taka otwarta, sympatyczna osoba z tak burzliwą przeszłością bardzo mnie intrygowała. Ostatnio kolega z pracy brał ślub i byłem zaproszony na kawalerskie. Bar na drugim końcu miasta, wsiadłem w taksówkę i jakoś dojechałem. Kto tam był kelnerką? Właśnie ona! Też mnie poznała. Chwilę pogadaliśmy, ale dłużej nie mogła, bo była w pracy. Nie wiem, czy się zakochałem czy co, ale myślę o niej cały czas. Nigdy w życiu tak mi się nie zdarzyło, że w przeciągu roku 3 razy spotkałem tę samą osobę i zawsze z przyjemnością z nią rozmawiałem. Zawsze przypadek nas na siebie wrzucał. Piszę to wyznanie bijąc się z myślami. Mam ochotę kupić bukiet kwiatów i pojechać do tego baru, aby zaproponować jej randkę. Boję się tylko odrzucenia.

2 dni temu

Wpis

Jestem bardzo mściwą osobą. C.d. wyznania  #eP4Ng Godzina do wyjazdu na ślub. Mój mąż wrócił właśnie do domu po tym, jak odwiózł dzieci do mojej mamy. Ja odwalona jak milion dolarów. Gdy mnie zobaczył, to go zatkało. Trochę się wkurzył, bo stwierdził, że będzie tragikomedia na weselu, ale po krótkiej rozmowie stwierdził, że jednak może miałam trochę racji z tą sukienką kuzynki. Fuck yeah! Nareszcie. Poprosił też, abym wzięła chociaż jakiś żakiet albo sweter, coby założyć jeśli faktycznie będzie mega drama. Na wszelki wypadek wzięłam moro marynarkę. Wysiadamy z samochodu przed kościołem. Początkowo nikt nas nie zauważył, ale potem matka panny młodej (ta co najgłośniej krzyczała, że jej córeczka nic złego nie zrobiła) prawie na zawał padła. Podeszła do nas i zapytała się co ja najlepszego odpieprzam. Ja udaję, że nie wiem o co chodzi, pytam więc: "Ale o co szanownej pani chodzi? Na ślub przyjechaliśmy", a ona w ryk, że jak to tak można. Przecież ja wyglądam jak panna młoda. "Ja? Przecież nie ma nic złego w białej sukience na ślubie, sama pani tak mówiła dwa lata temu. Czyżby coś się zmieniło w trendach okołoweselnych?" odparłam, a ją zatkało. Z grzeczności założyłam moją marynarkę i udaliśmy się na ślub. Panna młoda jak składałam jej życzenia miała minę, jakby chciała mnie udusić. Upsss. Wesele? To dopiero było drama. Świadkowa kręciła się wokół mnie z winem, ale jej grzecznie odpowiedziałam, że jak chociaż kropelka się wyleje na moją piękna sukienkę, to panna młoda skończy tak samo. Chyba dotarło ;) Na zdjęciu grupowym oczywiście zostałam wepchnięta w tył, bo z przodu bym przyćmiła pokrzywdzoną kuzynkę. Największa akcja była, jak same kobiety miały stanąć, a że wesele było skromne, to pań było może z 20-30 i stałam w pierwszej linii. Panna młoda poprosiła mnie, abym nie pozowała do zdjęć, bo jej jest przykro. Ojejku. Mi wcale nie było, co nie? Oczywiście nie posłuchałam. Stanęłam do zdjęć i bawiłam się świetnie. Do czasu... Tańczymy. Podchodzę do pana młodego i tańczę z nim. Fotograf robi nam zdjęcia, a ja się przytulam do niego jak do dobrego kolegi (w końcu po części rodzina, co nie?). Wtedy panna młoda już lekko podpita wybiega na parkiet i wręcz wyrywa mi go z tańca. Zaczęła rzucać k*rwami, wyzywać mnie od szmat i suk. Przybiegła jej świadkowa, matka, mój mąż. Zrobiła się drama na maksa. Ta szajbuska zaczęła mnie szarpać tak, że uszkodziła mi sukienkę. Mój mąż oderwał ją ode mnie i zapytał ją, czy ona jest normalna, czy jej pieprzony egoizm całkiem jej na dekiel wjechał. Matka panny młodej w końcu zabrała z parkietu zapłakaną pannę młodą, a ja z mężem zadzwoniliśmy po taksówkę. Jak czekaliśmy, podeszła do nas jeszcze siostra pana młodego i podziękowała mi, bo nigdy suki nie lubiła, bo była rozpieszczoną i roszczeniową księżniczką.